Solidar Śląsko Dąbrow

Potęga Bożego Narodzenia

W tej historii prawie nic nie jest proste i jasne jak słońce. Prawie o niczym nie można powiedzieć, że to tak pewne, jak wynik dodawania dwóch dwójek. Przecież wielu z nas w dzieciństwie było przekonanych, że Jezus narodził się w zaśnieżonej, drewnianej szopie, a w pobliżu, między smrekami, przechadzali się pasterze owiec przebrani za członków podhalańskich lub beskidzkich zespołów folklorystycznych. Przy szopie były nie tylko owce. Kręcili się też tam indywidualnie wół i osioł, ale przypuszczalnie owi górale trzymali je dla uciechy turystów.

Trzej królowie idący do Jezusa z pokłonem to też historia wymyślona o wiele, wiele później. Po pierwsze, nie królowie, tylko magowie (czyli mędrcy, eksperci, astrologowie). Po drugie, żadna ewangelia nie wymienia ich liczby. Mogło być ich trzech, mogło być i sześciu. Tradycja, że mówimy o trzech, wynika z tego, iż nieśli nowo narodzonemu złoto, mirrę i kadzidło. Na chłopski rozum każdy po jednym, bo trudno sobie wyobrazić, że sześciu królów na trzy dary by się zrzucało. Choć sześciu ekspertów, albo i dziewięciu może już tak. Tyle zarabiali, ile królowie dali.

No i jeszcze ten grudzień. Nawet w znacznie cieplejszej od nadwiślańskich stron Judei, to miesiąc zimowy. Owiec wówczas nie wypasano. Zimowały w grotach. Historycy wskazują, że przypuszczalnie marzec lub kolejne wiosenne miesiące były czasem narodzin Jezusa Chrystusa. Rok też się nie zgadza. Zdaniem historyków Jezus Chrystus przyszedł na świat między 8 a 6 rokiem przed naszą erą, czyli przed Chrystusem. To, że przyjęta i uznawana do dziś data początku naszej ery jest taka, a nie inna, wynika z błędu w obliczeniach popełnionego przez mnicha Dionizego Małego. Zresztą astronomowie twierdzą, że gwiazda betlejemska też gwiazdą nie była, a raczej kometą, supernową bądź koniunkcją Jowisza i Marsa.

A mimo tych przeróżnych nieścisłości i niezgodności, apokryficznych wariacji na temat betlejemskiego cudu, nikt nie zaprzeczy, że narodziny Jezusa to data przełomowa w historii nie tylko dla wierzących, ale i niewierzących. To narodziny chrześcijaństwa. Systemu wartości, który stał się fundamentem kultury europejskiej. Jest również dominującą religią w obu Amerykach i w Australii. Chrześcijaństwo wciąż ma największą liczbę wyznawców na świecie.

Niemniej w całej Europie chrześcijaństwo przeżywa potężny kryzys. Przeżywa również w Polsce. Niby człowiek wiedział, że nie każdy facet z pastorałem to św. Mikołaj i nie każdy ksiądz jest święty, ale jednak się łudził. Odsetek wiernych na niedzielnych mszach wyraźnie wskazuje na zmierzch kościoła instytucjonalnego w znanym dotychczas kształcie, ale to temat na zupełnie inny tekst. O czymś innym chciałem napisać. O kulturowej potędze Bożego Narodzenia. To swego rodzaju paradoks, że mimo galopującej sekularyzacji owa opowieść o cudzie w Betlejem mocno trwa. Wciąż pozostaje fundamentem. Nie zaszkodziły jej ani apokryfy, ani błąd Dionizego, ani ludowe adaptacje do lokalnej rzeczywistości, ani naukowe odkrycia i twierdzenia. Przeciwnie. To wszystko wzmacnia siłę przekazu i jego żywotność. Zwiastuje odrodzenie.

Jeden z Drugą:)
źródło foto: pxhere.com