Solidar Śląsko Dąbrow

Bajka o warzywniaku

Dawno, dawno temu, za siedmioma biedrami, za siedmioma lidlami i siedmioma innymi marketami stał sobie osiedlowy warzywniak. Można w nim było kupić dobrą kiszoną kapustę, niespleśniałą włoszczyznę czy jadalne pomidory o smaku pomidora. Latem kusił smacznymi ogórkami małosolnymi. Jesienią polskim czosnkiem, który się nie psuł, bo był czosnkiem. Asortyment współgrał z porami roku i patrząc na ladę, półki i skrzynki, można było bardzo precyzyjnie określić jaki mamy miesiąc. W warzywniaku nie wystawiano w listopadzie kalendarzy adwentowych i czekoladowych ozdób na choinkę, a w lutym czekoladowych zajęcy. Ale za to w połowie grudnia pojawiały się wszystkie, poza rybami, składniki niezbędne do przygotowania tradycyjnej wieczerzy wigilijnej, zaś na krótko przed Wielkanocą można było tam nabyć rzeżuchę, przepyszny chrzan i cukrowego baranka. I pewnie się teraz spodziewacie Drodzy Czytelnicy, że powyższa bajka będzie miała smutne zakończenie. Na przykład, że nagle w okolicy pojawiły dyskontowe smoki i pożarły biednego warzywniaka. Albo że zła wróżka Franczyza przemieniła sklepik w jakiegoś płaza, który codziennie do 23.00 oferuje napoje zmieniające ostrość spojrzenia na rzeczywistość. Otóż nie. Ta bajka jeszcze trwa.
Chciałoby się napisać, że warzywniak żył długo i szczęśliwie, ale patrząc na rzeczywistość, jestem pełen obaw o przyszłość tego sklepu. Po pierwsze w warzywniaku jest drożej niż w dyskontach. Po drugie inwazja zagranicznych sieci handlowych sprawiła, że to właśnie w ich sklepach zaczynamy kupować wszystko. Nie chce nam się biec do samotnego warzywniaka po kilka pomidorów czy włoszczyznę. Po trzecie w dyskontach kupujemy wzrokiem i powoli zapominamy, jak co powinno smakować. Przestajemy się przejmować, że to, co wygląda jak pomidor, nie smakuje jak pomidor.
Kilkanaście lat temu nawet nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś ta drewniana budka warzywniaka wciśnięta między dziesięciopiętrowe bloki będzie dla mnie symbolem normalności, a nie architektonicznej brzydoty. A jednak niewyobrażalne stało się faktem. Symptomatyczny jest przykład związany z tzw. produktami świątecznymi. Warzywniak nie robi tego, co sklepy zagranicznych sieci, które zabrały nam radość ze zbliżających się świąt. Tam świąteczną gorączkę zaczyna się odczuwać dopiero kilka dni przed Wigilią.
Pamiętam, jak zagraniczne sieci zaczynały przesuwać granice natrętnego, przedświątecznego marketingu najpierw na początek grudnia, a potem listopada. Najpierw jedni się dziwili, inni oburzali, część wzruszała ramionami. Teraz wzruszają już wszyscy. Przyzwyczaili się. Tak jak z handlem w niedziele. Tymczasem ta zaraza poszła jeszcze dalej. Kilkanaście dni temu w mediach gruchnęła wieść, że pewna posłanka PiS z Sosnowca (z litości pominę nazwisko) postanowiła wyprzedzić nie tylko zagraniczne sieci dyskontów, ale nawet ciężarówkę z colą. Na przełomie października i listopada w rodzinnym mieście wywiesiła billboardy, na których promuje się, życząc mieszkańcom „Radosnych Świąt Narodzenia Dzieciątka Jezus”. Argument, że byłoby gorzej, gdyby składała życzenia z okazji Halloween, a na billboardzie obok swojego wizerunku umieściła napis: „Cukierek albo psikus”, zupełnie mnie nie przekonuje. Wiem, że polityka, a szczególnie częste przebywanie w Sejmie to zajęcie szkodliwe, dlatego może warto, aby każdy poseł od czasu do czasu poszedł na zakupy do osiedlowego warzywniaka. Dla własnego dobra. Bo inaczej skończy jak chciwa żona rybaka z zupełnie innej bajki.

Jeden z Drugą;)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.