Solidar Śląsko Dąbrow

Zaczęło się na Śląsku

Jaki jest główny cel manifestacji w Warszawie?
– Postulaty są znane. Większość z nich zrodziła się tu na Śląsku. Te postulaty zjednoczyły centrale związkowe i pracowników w naszym regionie. Wspólnie przeprowadziliśmy w marcu strajk generalny, który z jednej strony uświadomił rządzącym, że to już nie przelewki, że to zatomizowane społeczeństwo jest w stanie odrzucić rządową propagandę i zacząć działać wspólnie. Z drugiej był to sygnał dla związkowców i pracowników z innych regionów kraju, że można działać, że nie jesteśmy bezsilni. Powstał ogólnopolski komitet protestacyjny, który wysunął jeszcze dodatkowe postulaty. Najważniejszym z nich obok postulatu wycofania zmian w Kodeksie pracy, jest żądanie zmiany w ustawie o referendum ogólnokrajowym. Ten postulat, tak nawiasem mówiąc, to również efekt dyskusji tutaj w naszym regionie, podczas której zastanawialiśmy się nad tym, co zrobić, aby politycy przestali czuć się bezkarni.

Po co nam zmiana ustawy o referendum?
– Chcemy, aby społeczeństwo uzyskało instrument realnego wpływu na władzę, każdą władzę. Wprowadzenie ustawowego zapisu o obligatoryjnym referendum po zebraniu 500 tys. podpisów jest potrzebne, aby to, co stoi na głowie, postawić na nogi. Przywrócić demokrację, oddać Narodowi władzę w kraju. W Konstytucji jest jasno napisane, że władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej należy do Narodu i że Naród sprawuje tę władzę bezpośrednio, czyli np. przez referendum lub przez swoich przedstawicieli. Tymczasem w praktyce rządzący establishment blokuje możliwość sprawowania tej władzy bezpośredniej odrzucając wnioski o referendum np. w sprawie wieku emerytalnego podpisany przez 2,5 mln Polaków czy w sprawie sześciolatków podpisany przez milion Polaków.

I referendum ma być panaceum na wszystkie bolączki?
– Panaceum nie będzie, ale, co chcę mocno podkreślić, będzie skutecznym instrumentem realizacji przez Naród swojego konstytucyjnego uprawnienia. Może wyrwać społeczeństwo z niewolniczej apatii i spowodować, że ludzie się uaktywnią w tzw. przestrzeni obywatelskiej. Ta aktywność nie będzie się przejawiać tylko w wypisywaniu żalów na internetowych ścianach płaczu, lecz zacznie funkcjonować w realnej rzeczywistości. Od narzekania na forach internetowych nie przybywa miejsc pracy, warunki życia się nie poprawiają. Potrzebne jest realne działanie. Referendalny bat wymusi zmianę tej aroganckiej postawy, jaką obserwujemy w patologicznym wręcz natężeniu wśród polityków koalicji rządzącej. Lekceważenie i pogarda wobec ludzi będzie dla nich oznaczała automatycznie czerwoną kartkę. Wylecą z boiska. Przestaną być bezkarni. Nie będą mogli, tak jak niestety dzieje się to teraz, w dniu ogłoszenia wyników wyborów na cztery lata zapomnieć o społeczeństwie. Dzięki zmianie ustawy o referendum w każdej chwili to lekceważone społeczeństwo będzie takiemu politykowi mogło powiedzieć: Pan się nie nadajesz, nie widać szans na poprawę – panu już dziękujemy.

Od posiadania bata na władzę do realizacji postulatów pracowniczych jest jeszcze długa droga…
– Pewnie w jednych przypadkach długa, w innych krótka, ale wreszcie będzie. Jeśli uda się zrealizować postulat o referendum, to łatwiej będzie też wprowadzić rozwiązania proponowane w pozostałych postulatach. Również łatwiej będzie naprawiać błędy tej władzy z przeszłości. Np. kwestia wieku emerytalnego mogłaby zostać ponownie rozpatrzona. Polacy mieliby w końcu szansę wypowiedzieć się w tej tak ważnej dla każdego z nas kwestii, bo rządząca obecnie koalicja społeczeństwu tę możliwość bezczelnie odebrała, wyrzucając wniosek o referendum do kosza.

Znów usłyszymy, że związek miesza się do polityki…
–  Działalność związków zawodowych zawsze jest też po części działalnością polityczną. Tak jest na całym świecie. Tego nie do się uniknąć. Zmiana systemu polityczno-gospodarczego kraju wymaga działań politycznych. Wszyscy z tamtej strony czują, że ten protest może być olbrzymi i stąd właśnie wrzutka o zmianie ustawy o związkach zawodowych, której celem jest jest faktyczna likwidacja związków. Związki zawodowe nie są na rękę żadnej władzy, bo każda władza polityczna, podobnie jak każdy pracodawca, nie lubi kontroli społecznej, nie lubi jak jej się patrzy na ręce. Rządzącym politykom i części pracodawców władza i pieniądze uderzają do głowy. Politycy zapominają, że zostali wybrani żeby służyć ludziom, pracodawcom wydaje się, że będą mogli dyktować pracownikom, kiedy mają przyjść do pracy, a kiedy spać, kiedy jeść i to nie tylko w zakładzie. A czy dostaną wypłatę ma zależeć od ewentualnego dobrego humoru pracodawcy. To, co zdarzyło się niedawno pod Warszawą, gdzie pracodawca skatował pracownika i obciął mu palce, bo pracownik domagał się wynagrodzenia za pracę to przykład drastyczny, ale niestety obrazujący to, co w Polsce może się dziać, gdy związki zawodowe zostaną zlikwidowane, gdy zniknie ostatnia silna bariera stopująca tę nadreprezentowaną w establishmencie grupę osób chciwych, gardzących ludźmi, nie posiadających żadnych skrupułów.

A oprócz argumentu mieszania się do polityki, będzie też mowa o tzw. partykularnych interesach związkowców…
– Media tzw. głównego nurtu, czyli po prostu reprezentujące interesy rządzącego establishmentu, będą oczywiście usiłowały pokazać, że manifestacja w Warszawie to akcja związkowców walczących o przywileje. A ja powtarzam, że związki w Polsce nie mają żadnych przywilejów, tylko uprawnienia, a w dodatku o wiele, wiele mniejsze niż mają związki zawodowe w Europie Zachodniej. Ten protest jest protestem społecznym. Związki reprezentują wszystkich pracowników. Czasami lepiej, czasami gorzej, ale to właśnie związki ten głos pracowników przekazują. I z pewnością lepiej niż jakiekolwiek ugrupowanie polityczne, które twierdzi, że reprezentuje pracowników.

Nie obawiasz się prowokacji, przed którą ostrzegał zresztą arcybiskup Wiktor Skworc, która posłuży do przedstawiania związkowców ze Śląska w złym świetle?
– W Warszawie będą związkowcy i nie tylko związkowcy z całej Polski i my nie jedziemy się tam bić, ale osiągnąć wymienione w postulatach cele. Jeśli jednak do czegoś dojdzie, to nie będzie nasza wina. Mam zresztą takie odczucie, że tam u góry, na szczytach władzy, trwa debata na dwoma scenariuszami. Jeden zakłada, że należy sprowokować i wywołać bijatykę, a potem wszystkich protestujących w Warszawie przedstawić jako zadymiarzy, podpalaczy opon, kiboli, łysoli i zaplutych karłów reakcji. A z drugiej strony ktoś podpowiada: może jednak nie prowokujmy, bo gdy coś się stanie, to nastąpi niekontrolowany wybuch, który rozniesie w pył wszystko, na czele z tymi, którzy prowokatorów na manifestację wysłali. I w moje ocenie ostatecznie to Donald Tusk podejmie decyzję, czy sprowokować zadymę, czy też spróbować tej samej metody co dotychczas, czyli przy pomocy zaprzyjaźnionych mediów usiłować zmarginalizować protest, ośmieszać uczestników, przemilczać lub zaniżać liczebność i przykrywać akcję jakimiś wrzutkami medialnymi.

Nawet w liczącym 100 tys. ludzi tłumie wystarczy garstka osób, by doprowadzić do bitwy na ulicach Warszawy…
– My chcemy tego uniknąć. Ale widzimy, że grunt pod bitwę jest od dłuższego czasu przygotowywany. Wypowiedzi ministra Sienkiewicza, że państwo ma monopol na przemoc, serial wrzutek z ustawkami kibiców, z bójką na bałtyckiej plaży na czele. Ale jak już mówiłem, decyzje podejmie ostatecznie premier Tusk.

Co udało się Solidarności wywalczyć na ulicy? To skuteczniejsza metoda niż żmudne negocjacje?
– Różnie bywało. Część ważnych spraw udało się wynegocjować przy stole rozmów, o część trzeba było walczyć na ulicy. Ostatnia duża manifestacja, wyjście na barykady, które przyniosło pozytywny skutek, to była rzecz branżowa. W 2005 roku udało nam się wywalczyć zachowanie uprawnień emerytalnych dla pracowników górnictwa. Co prawda doszło wtedy do zadymy i przedstawiano to wówczas tak, że rządzący ulegli agresywnym manifestantom. Ale w naszym kraju jest tak, i nie jest to wina związków, że więcej się udaje, gdy idzie się walczyć, niż w drodze negocjacji. Mało kto pamięta, ale wspólne rozliczenie podatkowe małżonków też na barykadach wywalczyła Solidarność. W 1994 roku podczas strajku górników i kolejarzy. Usiłowano to odebrać społeczeństwu w 1998 roku, ale znów dzięki ulicznym protestom wywalczyliśmy zachowanie możliwości wspólnego rozliczenia podatkowego współmałżonków.

Poziom frustracji w społeczeństwie jest wysoki. Pytanie, czy przełoży się to na frekwencję podczas warszawskiej manifestacji?
– Jestem przekonany, że tak. To się widzi i to się czuje. Będzie to protest chyba największy od 1989 roku. Tego się wszyscy spodziewają. Zresztą w proteście nie będą brali udziału tylko członkowie związków zawodowych, ale też inni obywatele, którzy mają dość tego co się dzieje w kraju. Tak jak chyba większość Polaków chcą zmian, chcą zmiany rządu i będą wspierać postulat referendalny

Ale zazwyczaj jest tak, że ludzie dużo mówią o tym, że należy coś zrobić, ale do aktywnego działania nie ma zbyt wielu chętnych. Słynne „weźmy się i zróbcie coś”…
– A ja czuję, że coś pozytywnie pęka. Widzę to szczególnie u młodych ludzi, tych do 24 lat. Oni nie wierzą tej informacyjno-rozrywkowej papce serwowanej przez jedynie słuszne media. Oni naprawdę starają się samodzielnie myśleć. Problem polega na tym, że wydaje im się, że kliknięciami myszki, protestem w internecie, załatwia się wszystko. Tak nie jest. I myślę, że do nich też już zaczyna wreszcie docierać, że muszą działać nie tylko w wirtualnej, ale przed wszystkim w realnej rzeczywistości.

Tyle że młodzi ludzi zniechęceni perspektywami życia w Polsce, zamiast szarpać się z rzeczywistością wybierają emigrację…
– Tak było do niedawna, ale to się zmienia, często zresztą z prozaicznych przyczyn. W Wielkiej Brytanii, Irlandii, w Skandynawii i innych krajach zachodnich nie ma już dla nich zbyt wielu miejsc pracy. Oni chcą mieszkać w swoim rodzinnym kraju i po prostu chcą, żeby ten nasz kraj był normalnie urządzony. Wiedzą, że jeżeli oni nie zrobią porządku dla siebie i dla swoich dzieci, to będą żyli nadal w takim Bantustanie jak dotychczas. Wierzę też, że żywe jest wśród nich to młodzieńcze przeświadczenie, że mogą góry przenosić. To może być zbawienne dla naszego kraju. Oni się pozytywnie budzą i w nich cała nadzieja.

Z Dominikiem Kolorzem, przewodniczącym śląsko-dąbrowskiej Solidarności rozmawiał Grzegorz Podżorny

Dodaj komentarz