Solidar Śląsko Dąbrow

To była tragedia społeczności pogranicza

Mordy na ludności cywilnej, gwałty, niszczenie i grabież mienia oraz deportacje do Związku Sowieckiego do przymusowej pracy – tak wyglądało wkroczenie Armii Czerwonej na teren Górnego Śląska w styczniu 1945 roku. Właśnie mija 80. rocznica tych dramatycznych wydarzeń.

Historyk dr Dariusz Węgrzyn zwraca uwagę, że Tragedia Górnośląska jest tragedią społeczności pogranicza. Przed wybuchem II wojny światowej Górny Śląsk był podzielony na dwie części: znajdującą się w granicach Rzeczpospolitej i leżącą w Rzeszy Niemieckiej. – Po obu stronach granicy mieszkali Górnoślązacy, którzy czuli się albo Niemcami, albo Polakami. Była też duża grupa ludzi uważających się za tutejszych autochtonów, dla których kwestia narodowości nie była tak bardzo ważna. W roku 1945, kiedy żołnierze Armii Czerwonej przekroczyli przedwojenną granicę III Rzeszy, uznali, że wszyscy, którzy na tym terenie mieszkają, są Niemcami. To spowodowało, że traktowali ich jak łup wojenny – mówi historyk związany ze Śląskim Centrum Wolności i Solidarności.

Czerwonoarmiści rozpętali piekło po obu stronach granicy. Przy czym w części Górnego Śląska leżącej po stronie Niemiec zbrodnie miały charakter masowy. – Tragedia Górnośląska jest szerszym pojęciem. Mówi się o morderstwach, gwałtach, podpaleniach i zniszczeniach – podkreśla dr Węgrzyn. Jednym z najbardziej krwawych epizodów było wymordowanie ponad 380 Polaków i Niemców w Miechowicach koło Bytomia.

Przerażającym elementem dramatu, jaki się rozegrał na Górnym Śląsku po wkroczeniu czerwonoarmistów, była wywózka ludzi do przymusowej pracy. Operacja rozpoczęła się 12 lutego. Na ulicach pojawiły się obwieszczenia o nakazie stawienia się mężczyzn w wieku 17-50 lat z zapasem żywności i ubrań. Mężczyźni ci byli przekonani, że będą usuwać szkody wojenne, tymczasem od momentu internowania przygotowywano ich do wywózki do ZSRS. Na tym nie poprzestano, NKWD wyciągało ludzi z zakładów pracy oraz domów.

Pierwsze transporty na Wschód ruszyły już w marcu 1945 roku. Górnoślązaków tłoczono w bydlęcych wagonach z gołymi pryczami z desek i niewielkim piecykiem. Podróż do sowieckich łagrów trwała zazwyczaj kilkanaście dni. Deportowani trafiali do obozów znajdujących się w Donbasie, na Białorusi oraz w Gruzji. Część zatrzymanych wywożono na obszary wschodniej Syberii. Górnoślązacy pracowali w kopalniach, hutach i przy wydobyciu torfu.

W sumie do Związku Sowieckiego deportowano między 46 a 48 tys. mieszkańców Górnego Śląska, głównie mężczyzn. W tej grupie znajdowało się 9 tys. górników. Z zesłania nigdy nie powróciło ok. 12 tys. deportowanych. Część z nich nie przeżyła transportu, a ich ciała wyrzucano z wagonów lub przekazywano do pochowania miejscowej ludności. Inni umierali w obozach na skutek katorżniczej pracy, nieludzkich warunków życia, chorób, głodu i zimna. Ten dramat trwał do przełomu lat 1949/1950, kiedy z zesłania powrócili ostatni deportowani.

Deportacja na Wschód miała jeszcze jeden wymiar. W domach zostawały młode matki z małymi dziećmi, które straciły jedynych żywicieli rodzin i miały niewielkie szanse na znalezienie pracy.

O tych wydarzeniach przez lata nie wolno było mówić. Przełom nastąpił dopiero w 1990 roku, kiedy zaczęto gromadzić dokumenty i zapisywać wspomnienia tych, którzy przetrwali zsyłkę. Z biegiem czasu do Tragedii Górnośląskiej zaczęto nawiązywać także w kontekście zbrodni, których na mieszkańcach Górnego Śląska dopuszczały się polskie komunistyczne władze. Tych, których uznano za nieprzychylnych nowemu ustrojowi, umieszczano w obozach karnych w Świętochłowicach-Zgodzie, Mysłowicach, czy Łambinowicach koło Opola. W obozach tych życie straciły setki ludzi.

Agnieszka Konieczny
źródło foto: IPN o/Katowice