Solidar Śląsko Dąbrow

Stać nas na mniej niż 10 lat temu

10 lat temu za średnią pensję można było kupić o wiele więcej chleba, masła czy benzyny niż dzisiaj. Mimo że nasze wynagrodzenia nominalnie rosną, galopujący wzrost cen podstawowych produktów sprawia, że z roku na rok biedniejemy.

Choć według danych Eurostatu żywność w Polsce jest najtańsza w Unii Europejskiej, przeciętny Polak  na zakup jedzenia wydaje znacznie większą część swojego dochodu niż mieszkańcy zdecydowanej większości państw należących do UE. Wszystko przez poziom naszych zarobków, który jest nawet kilkakrotnie niższy od tego na Zachodzie. Z danych za 2011 rok wynika, że statystyczny Niemiec na zakup żywności wydał 12,1 proc. swoich dochodów, Irlandczyk 13 proc., Czech 17,4 proc., a mieszkaniec ogarniętej kryzysem Grecji 16,7 proc. Polak w tym samym okresie musiał przeznaczyć na jedzenie 21,4 proc. swoich dochodów.

Co więcej, nawet w bogatych Niemczech, część podstawowych produktów jest tańsza niż u nas. W ubiegłym roku Urząd Statystyczny we Wrocławiu porównał ceny detaliczne w woj. dolnośląskim do tych w Saksonii. Okazało się, że w sklepach za naszą zachodnią granicą taniej można kupić m.in. masło, ser twarogowy, śmietanę soki, wodę mineralną, miód czy alkohol. W przypadku niektórych produktów różnica w cenie wynosiła nawet kilkadziesiąt proc.

Więcej w stosunku do zarobków wydajemy też na utrzymanie mieszkania. Pod tym względem zajmujemy drugie miejsce w UE, tuż za Niemcami. Koszty związane z utrzymaniem mieszkania bez opłat za nośniki energii, czyli m.in. rachunków za prąd czy gaz, pochłonęły w 2011 roku 20,5 proc. naszych pensji. Dla porównania Litwini na ten cel przeznaczyli 12,4 proc. swoich dochodów, Łotysze 15,5 proc., a Bułgarzy zaledwie 7,8 proc.

Przeciętny Polak na żywność i opłaty mieszkaniowe wydaje 42 proc. zarobków, średnia unijna to nieco ponad 31 proc. Co gorsza, zamiast gonić Europę, coraz bardziej się od niej oddalamy, gdyż nasze pensje rosną znacznie wolniej niż ceny żywności i rachunki związane z utrzymaniem mieszkania. W ubiegłym roku średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej wzrosło o niespełna 3,6 proc. W tym samym czasie żywność zdrożała o 4,2 proc., a na opłaty mieszkaniowe musieliśmy wydać o 5 proc. więcej niż rok wcześniej.

Jeśli porównamy, ile podstawowych produktów mogliśmy kupić za średnią pensję w 2002 roku i w roku ubiegłym, wychodzi, że przez ostatnią dekadę zamiast się bogacić, jak wmawiają nam politycy i większość mediów, zbiednieliśmy. Przed dekadą średnia krajową wystarczała na zakup 1591 bochenków chleba, w ubiegłym roku statystycznego Polaka było stać na 26 bochenków mniej. Podobnie wygląda sytuacja w przypadku innych produktów żywnościowych, gazu, benzyny czy papierosów. 

Drożyzna powoduje, że coraz większa liczba polskich rodzin musi oszczędzać na jedzeniu. Jak wynika z danych GUS, w ubiegłym roku mniej niż rok wcześniej kupiliśmy m.in. ryb warzyw, czy masła. Wieprzowinę, a zwłaszcza bardzo drogą wołowinę coraz częściej zastępujemy tańszym drobiem.

Największy spadek spożycia artykułów żywnościowych odnotowano w gospodarstwach domowych o najniższych dochodach. Pani Natalia jest fryzjerką, jej mąż pracuje jako magazynier w drukarni. Mają 5-letnią córeczkę. – Po opłaceniu rachunków, raty kredytu hipotecznego i przedszkola, na życie zostaje niewiele. Po każdych zakupach widzę, jak wszystko drożeje. Z lepszych gatunków wędlin już dawno musieliśmy zrezygnować, owoce kupujemy tylko dla małej, a śląską roladę z wołowiny przyrządzam tylko na święta – mówi pani Natalia.

Łukasz Karczmarzyk

Dodaj komentarz