Pytanie nie brzmi, czy pielęgnować zwyczaje, ale czy rozumiemy ich sens
Ze Świętami Wielkanocnymi wiąże się wiele symboli i zwyczajów, ale one nie są dodatkiem ani ozdobą. Ich rolą jest pomagać nam wejść głębiej w to, co naprawdę świętujemy. To pewien „język wiary”, który przekłada wielkie tajemnice na proste znaki, bliskie codziennemu doświadczeniu – mówi ks. dr Tomasz Wojtal, kanclerz Kurii Metropolitalnej Archidiecezji Katowickiej.
To najstarsze i najważniejsze święta chrześcijańskie. Jaki jest wymiar duchowy tych Świąt?
– To są najstarsze i najważniejsze święta chrześcijańskie, bo odnoszą się do wydarzeń, od których wszystko się zaczęło. Gdyby ich nie było, chrześcijaństwo nie miałoby żadnego sensu. W centrum tych dni stoi Jezus Chrystus, który oddał swoje życie za człowieka i trzeciego dnia zmartwychwstał. To nie jest symbol ani metafora, ale fundament wiary. Duchowy wymiar tych Świąt polega na tym, że Bóg wchodzi w najciemniejsze doświadczenie człowieka – w cierpienie, grzech i śmierć – i przeprowadza przez nie do życia. Krzyż nie jest więc tylko znakiem cierpienia, ale miłości, która idzie do końca. A zmartwychwstanie nie jest pocieszeniem, lecz realnym zwycięstwem: życie okazuje się silniejsze niż śmierć. Dlatego człowiek nie jest już zamknięty w tym, co wydaje się ostateczne. W świecie, w którym wiele rzeczy kończy się definitywnie, te Święta mówią jasno: dla Boga nie ma sytuacji bez wyjścia, bo On sam wszedł w śmierć i ją pokonał. To nie jest tylko wspomnienie wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. To jest zaproszenie, aby każdy zobaczył swoje życie w świetle tego, co zrobił Chrystus. Jeśli On naprawdę zmartwychwstał, to znaczy, że także nasze porażki, grzechy i to, co wydaje się przegrane, nie muszą być ostatnim słowem. Dlatego te Święta są wymagające. Stawiają człowiekowi konkretne pytanie: czy naprawdę wierzysz, że Chrystus żyje i działa także dziś w twoim życiu, czy tylko powtarzasz religijne słowa. Od odpowiedzi na to pytanie zależy wszystko. Od niej zależy, czy będą to tylko dni wolne i tradycja, czy moment, w którym naprawdę zaczyna się nowe życie.
Kluczowe znaczenie mają dni poprzedzające niedzielę Zmartwychwstania Pańskiego, czyli Triduum Paschalne. Jak najlepiej je przeżyć?
– Triduum Paschalne to nie są trzy oddzielne celebracje, ale jedno wydarzenie rozciągnięte w czasie. Samo słowo „triduum” oznacza „trzy dni” i w liturgii Kościoła obejmuje ono czas od wieczornej Mszy Wieczerzy Pańskiej w Wielki Czwartek aż do nieszporów Niedzieli Zmartwychwstania. To jedna droga: od Wieczernika, przez krzyż, aż po pusty grób. Dlatego nie da się tego przeżyć fragmentarycznie. Kto wybiera tylko jedną celebrację, ten widzi tylko kawałek i łatwo gubi sens całości. Triduum trzeba przejść krok po kroku, pozwalając, by to, co wydarzyło się w życiu Jezusa, dotknęło także naszego życia.
Triduum zaczyna się Mszą Wieczerzy Pańskiej. To nie jest zwykła Eucharystia. To moment, w którym Kościół wraca do Wieczernika i uświadamia sobie, że Jezus zostawia nam siebie w Eucharystii i daje przykazanie miłości. Gest umycia nóg pokazuje bardzo konkretnie, że wiara nie jest teorią, ale służbą. To dzień, w którym trzeba zapytać siebie uczciwie: czy ja naprawdę żyję tym, co przyjmuję przy ołtarzu?
Liturgia Męki Pańskiej w Wielki Piątek prowadzi nas przez opis męki Jezusa, adorację krzyża i Komunię świętą. Tu nie chodzi o wzruszenie, ale o prawdę: o zobaczenie ceny miłości Boga i o odwagę zmierzenia się z własnym grzechem. Krzyż przestaje być wtedy symbolem, a staje się pytaniem bardzo osobistym: co ja robię z tą miłością, która oddaje życie za mnie?
Wigilia Paschalna to najważniejsza celebracja całego roku. Zaczyna się w ciemności, od ognia i światła paschału, bo Zmartwychwstanie nie jest dodatkiem do życia, ale przejściem z ciemności do światła. Słuchamy historii zbawienia, odnawiamy przyrzeczenia chrzcielne i uczestniczymy w Eucharystii już w świetle zmartwychwstania. To noc, która nie tylko opowiada o zwycięstwie Chrystusa, ale wprowadza nas w to zwycięstwo. Dlatego warto podjąć bardzo konkretną decyzję: być na tych celebracjach, nie „jeśli się uda”, ale świadomie. Triduum nie przeżywa się między innymi zajęciami. Trzeba zrobić na nie miejsce, zatrzymać się, odłożyć to, co mniej ważne. Bo tu nie chodzi tylko o obecność w kościele. Chodzi o to, czy pozwolimy Chrystusowi działać. W Wielki Czwartek – czy przyjmę Jego miłość i nauczę się nią żyć. W Wielki Piątek – czy stanę w prawdzie o sobie. W noc Zmartwychwstania – czy uwierzę, że On naprawdę może dać mi nowe życie. Triduum Paschalne to droga. I każdy musi zdecydować, czy chce nią przejść naprawdę, czy tylko popatrzeć z boku.
Ze Świętami Wielkanocnymi związanych jest wiele symboli: palmy upamiętniające wjazd Jezusa do Jerozolimy, jajka symbolizujące odradzające się życie, czy baranki. Dlaczego wkładamy je do koszyków?
– Ze Świętami Wielkanocnymi wiąże się wiele symboli i zwyczajów, ale one nie są dodatkiem ani ozdobą. Ich rolą jest pomagać nam wejść głębiej w to, co naprawdę świętujemy. To pewien „język wiary”, który przekłada wielkie tajemnice na proste znaki, bliskie codziennemu doświadczeniu. Koszyk wielkanocny jest jednym z takich znaków. Wkładamy do niego pokarmy, które mają swoją symbolikę: jajko oznacza nowe życie, chleb przypomina o Eucharystii, a baranek odnosi się bezpośrednio do Jezusa Chrystusa. Przynosząc te rzeczy do kościoła, chcemy powiedzieć, że wiara nie kończy się na liturgii, ale ma przenikać nasze życie – nasze domy, relacje, nawet to, co spożywamy przy świątecznym stole.
Szczególne miejsce zajmuje jajko. Od dawna było ono znakiem życia, które rodzi się z pozornej martwoty. Dlatego chrześcijanie zobaczyli w nim obraz zmartwychwstania: z zamkniętego grobu rodzi się nowe życie. Malowanie jajek, czyli pisanek, nie jest więc tylko estetycznym zwyczajem, ale wyrazem radości i nadziei, że życie ma ostatnie słowo. Jeszcze głębsze znaczenie ma baranek. W tradycji żydowskiej, podczas Paschy, składano w ofierze baranka, a jego krwią oznaczano drzwi domów. Był to znak ocalenia i wyzwolenia. Chrześcijanie widzą w tym zapowiedź Jezusa Chrystusa – prawdziwego Baranka, który oddaje swoje życie za człowieka i przez swoją śmierć i zmartwychwstanie przynosi ostateczne wyzwolenie z grzechu i śmierci. Dlatego baranek wielkanocny nie jest dekoracją, ale przypomnieniem, że nasze zbawienie ma swoją cenę – cenę miłości, która idzie aż do końca.
Warto tu zauważyć pewne napięcie między symbolami. Z jednej strony mamy baranka, który prowadzi nas wprost do centrum wiary – do ofiary Chrystusa i Jego zwycięstwa nad śmiercią. Z drugiej strony pojawia się zajączek, który jest raczej elementem kultury i tradycji, symbolem wiosny, płodności i odradzającego się życia. Sam w sobie nie jest czymś złym, ale łatwo może przesłonić to, co najważniejsze. Dlatego pytanie nie brzmi, czy pielęgnować zwyczaje, ale czy rozumiemy ich sens. Symbole mają nam pomagać przeżywać głębię Świąt, a nie od niej odciągać. Baranek prowadzi do Chrystusa – do Jego krzyża i zmartwychwstania. Zajączek zatrzymuje nas raczej na poziomie nastroju i tradycji. Od nas zależy, który z tych znaków stanie się dla nas ważniejszy. Bo to, co wybieramy, pokazuje, jak głęboko chcemy przeżyć te Święta.
Święta Wielkanocne to święta nadziei, czym ta nadzieja powinna być we współczesnym świecie?
– Chrześcijańska nadzieja nie jest tanim optymizmem ani próbą poprawienia sobie nastroju. Nie polega na tym, że człowiek przekonuje siebie, że wszystko się ułoży. Ona rodzi się z czegoś znacznie bardziej konkretnego: z wydarzenia śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. To właśnie tam widać jej prawdziwy kształt. Najpierw jest krzyż – doświadczenie graniczne, w którym wszystko wydaje się przegrane. A potem zmartwychwstanie, które nie cofa tego, co się wydarzyło, ale nadaje temu zupełnie nowy sens. Dlatego chrześcijańska nadzieja nie polega na unikaniu trudnych doświadczeń, ale na przekonaniu, że nawet one nie zamykają historii człowieka, nawet z tych trudnych sytuacji Bóg jest w stanie wyprowadzić jakieś dobro.
We współczesnym świecie bardzo często szukamy nadziei w tym, co można przewidzieć i kontrolować: w stabilności, w zdrowiu, w relacjach, w zabezpieczeniach. Problem w tym, że wszystko to jest kruche. Wystarczy jedno wydarzenie, żeby to, co wydawało się pewne, przestało takie być. I wtedy okazuje się, że optymizm nie wystarcza. Nadzieja chrześcijańska idzie głębiej, bo nie opiera się na tym, co zmienne, ale na Tym, który pozostaje. Nie obiecuje, że życie tutaj na ziemi będzie łatwe, ale że nie jest ono zamknięte w tym, co widzialne. Mówi, że sens życia nie kończy się tam, gdzie kończą się ludzkie możliwości. Dlatego ta nadzieja ma bardzo konkretny wymiar. Pozwala człowiekowi nie uciekać od prawdy o sobie – także tej trudnej. Otwiera przestrzeń przebaczenia, które nie jest zapomnieniem, ale nowym początkiem. Daje odwagę, by nie przekreślać siebie ani innych, nawet wtedy, gdy wszystko wskazuje na porażkę. Właśnie dlatego Święta Wielkanocne nie są tylko przypomnieniem wydarzenia sprzed dwóch tysięcy lat. One pokazują, że życie człowieka może mieć inny horyzont niż tylko to, co tu i teraz. Że historia nie kończy się na krzyżu. I może właśnie to jest dziś najważniejsze: nie prosta obietnica, że „będzie lepiej”, ale pewność, że nawet tam, gdzie po ludzku nie widać już wyjścia, Bóg nie przestaje działać. Bo to, co wydaje się końcem, w Jego rękach może stać się początkiem.
Z ks. dr. Tomaszem Wojtalem, kanclerzem Kurii Metropolitalnej Archidiecezji Katowickiej rozmawiała Agnieszka Konieczny
