Solidar Śląsko Dąbrow

Przypadek Huty Buczek

Huta Buczek to jeden z najstarszych zakładów pracy w Zagłębiu Dąbrowskim. W latach 70-tych walce i rury z Sosnowca sprzedawano niemal na całym świecie. W III RP zakład miał wyjątkowego pecha do właścicieli i jednocześnie szczęście do pracowników. Tylko dzięki ich determinacji nadal trwa tam produkcja.

Początki zakładu sięgają 1881 roku. Wtedy to koncern Vereinigste Koenigs und Laudahutte rozpoczął na terenie wsi Sielec budowę Huty Katarzyna. Zakład początkowo obejmował stalownie, walcownie i młotownie. Pod koniec XIX stulecia w hucie uruchomiono dwa ogromne piece martenowskie oraz wytwórnię rur spawanych. Tuż przed I Wojną Światową w hucie pracowało już ok. 2 tys. robotników, a jej wyroby zyskiwały uznanie na światowych wystawach w Nowym Jorku, Paryżu czy Hamburgu. Wielka wojna niemal doszczętnie zniszczyła zakład. Jego odbudową zajęły się Modrzejowskie Zakłady Górniczo-Hutnicze, które kupiły Katarzynę w 1923 roku. Podczas II Wojny Światowej sosnowiecka huta stała się częścią niemieckiej machiny wojennej. Produkowano w niej m.in. części do łodzi podwodnych. Po wojnie zakład został przejęty przez państwo, jego nazwę zmieniono na Hutę im. Mariana Buczka. W 1961 roku przyłączono do niej Hutę Sosnowiec, firmę również mającą korzenie jeszcze w XIX wieku.

Lata świetności
Tadeusz Makuła, były przewodniczący zakładowej Solidarności przyjął się do pracy w hucie w 1968 roku. Jak wspomina, niedługo potem rozpoczął się okres największego rozkwitu firmy. – To były lata 70-te, wtedy nasze produkty sprzedawaliśmy niemal na całym świecie. Huta nie była może specjalnie nowoczesna, za to mieliśmy doskonałych fachowców. Mogliśmy śmiało konkurować z zachodnimi firmami – mówi.

W szczytowym momencie Huta im. M. Buczka zatrudniała ok. 4,5 tys. osób. Praca w tym zakładzie nierzadko przechodziła z pokolenia na pokolenie. Ojcowie pracowali w hucie, a synowie uczyli się fachu w przyzakładowej szkole. – Dzisiaj, kiedy wzrosły nam zamówienia na walce, musieliśmy zatrudnić emerytów, bo takich specjalistów na rynku pracy po prostu nie ma. Razem z przemysłem zniszczono szkoły zawodowe – zaznacza Michał Karlik, obecny przewodniczący „S” w Hucie Buczek. W zakładzie pracował ojciec i wujek pana Michała, on sam jest tam zatrudniony od 1981 roku.

W latach 70-tych w sosnowieckiej hucie szło tak dobrze, że pojawił się plan jej rozbudowy. Na miejscu hałdy, gdzie trafiały odpadki z wielkiego pieca miała powstać nowoczesna odlewnia walców wysokostopowych. – Przygotowania do rozbudowy były już bardzo zaawansowane. Niestety z różnych przyczyn porzucono ten pomysł. Ostatecznie plan rozbudowy przekreślił stan wojenny – podkreśla Tadeusz Makuła. Dodaje, że dzisiaj w miejscu, gdzie miały powstać nowe budynki huty, stoi centrum handlowe.

Utrata zagranicznych rynków
Wprowadzenie stanu wojennego odcięło Hutę im. M. Buczka od większości zagranicznych rynków. Później kontaktów z kontrahentami nie udało już się odbudować. Miejsce rur i walców z Sosnowca zajęły produkty wytwarzanie w innych krajach.Początek lat 90-tych to kolejny cios dla sosnowieckiej huty.

W grudniu 1992 roku rząd Hanny Suchockiej przyjął „Program restrukturyzacji polskiego hutnictwa”. Jego założenia zostały nakreślone na zlecenie resortu przemysłu przez tzw. Konsorcjum Kanadyjskie, w skład którego weszły firmy Hatch Assocortes Ltd, Ernst&Young oraz Steltech. Raport przygotowany przez konsorcjum zalecał likwidację „przestarzałych” hut, w tym Huty Buczek. Co ciekawe, spośród 6 hut skazanych przez autorów raportu na zagładę 4 funkcjonują do dzisiaj. Z kolei znaczna część zakładów, którym autorzy raportu wróżyli świetlaną przyszłość, od dawna już nie istnieje. – Po publikacji raportu Konsorcjum Kanadyjskiego zostaliśmy podstawieni pod ścianą. Wtedy zaczęła się bardzo długa walka pracowników o przetrwanie naszego zakładu – mówi Michał Karlik.

Z deszczu pod rynnę
Huta Buczek nie została zlikwidowana. Zamiast tego włączono ją do Programu Powszechnej Prywatyzacji. Właścicielem zakładu został IV Narodowy Fundusz Inwestycyjny. Jednym z celów PPP miało być ratowanie przedsiębiorstw zagrożonych upadkiem. O tym, jak wielkim fiaskiem skończył się program, świadczy chociażby to, że 10 lat po jego uruchomieniu jedna czwarta firm uczestniczących w NFI nie istniała, a wiele kolejnych było zagrożonych bankructwem. NFI tylko raz, w 1997 roku, przyniosły zyski. W pozostałych latach funkcjonowania wykazywały gigantyczne straty. Majątek 512 przedsiębiorstw, które włączono do PPP, szacowany na ok. 6 mld zł, w dużej części stał stał się przedmiotem afer, korupcji i nielegalnych transakcji. Zwykli obywatele, którzy wykupili świadectwa udziałowe NFI, zarobili po kilkadziesiąt zł lub do dzisiaj mają w domach bezwartościowe świstki papieru. Za to prawdziwe fortuny zbiły firmy zarządzające funduszami. Wynagrodzenie za kierowanie poszczególnymi NFI nierzadko osiągało poziom kilku milionów dolarów rocznie, przy czym na jego wysokość nie miało wpływu, czy fundusz przynosił zyski, czy straty.

Dla Huty Buczek NFI oznaczało ciągłe restrukturyzacje polegające głównie na redukcji zatrudnienia, wymianie prezesów i wydzielaniu kolejnych spółek z majątku zakładu. – Do kierowania naszą firmą przyjeżdżali z Warszawy ludzie, którzy wcześniej nie mieli żadnej styczności z hutnictwem. To byli „z zawodu dyrektorzy”. Jak w filmie Barei. Nie było roku bez restrukturyzacji. Z kolejnych wydziałów huty tworzono odrębne spółki, a wraz z nimi zarządy i rady nadzorcze. Prezes jednej spółki był w radzie drugiej i na odwrót. Cały czas musiał być ruch w interesie – wspomina Karlik.

Strajk głodowy
Takie zarządzanie doprowadziło hutę na skraj przepaści. Zakład zalegał z odprowadzaniem składek pracowników do ZUS, fundusz socjalny świecił pustkami. Załogę pozbawiono „trzynastki” i świadczeń z Karty Hutnika, wynagrodzenia zaczęto wypłacać w ratach. 30 września 2003 roku trzech pracowników huty rozpoczęło strajk głodowy. Wkrótce dołączyły do nich kolejne trzy osoby. Głodówka trwała dziewięć dni, ale przyniosła skutek. W hucie podpisano korzystne dla pracowników porozumienie, a znienawidzony przez załogę prezes stracił stanowisko.
W tym czasie zakładowa Solidarność zaczęła też rozmawiać z NFI o wykupie huty i utworzeniu spółki pracowniczej. – Byliśmy już naprawdę blisko osiągnięcia tego celu. Niestety ofertę załogi przebił Górnośląski Fundusz Restrukturyzacyjny i to on stał się nowym właścicielem zakładu – mówi Tadeusz Makuła.

Upadłość na szczęście
GFR powstał w 1999 roku z inicjatywy Funduszu Górnośląskiego SA oraz Górnośląskiego Banku Gospodarczego. Miał on inwestować w upadające zakłady w naszym regionie, stawiać je na nogi, a następnie odsprzedawać z zyskiem. Po trzech latach „ratowania” sosnowieckiej huty przez GFR, sąd ogłosił upadłość likwidacyjną zakładu. Na jego teren wkroczył syndyk i to paradoksalnie była pierwsza od wielu lat dobra wiadomość dla pracowników. – Na szczęście w tym całym bałaganie trafiliśmy na syndyka anioła. Pan syndyk Emilian Salej utrzymał produkcję, cały czas uczciwie z nami rozmawiał i nie pamiętam, żeby przez te wszystkie lata choć raz złamał dane słowo. Kiedy odchodził, doprowadził jeszcze do tego, że ludzie dostali podwyżki – mówi Michał Karlik.

Dzisiaj na terenie dawnej Huty im. M. Buczka działają trzy spółki produkcyjne: Huta Buczek sp. z o. o., należąca do rosyjskiego koncernu Severstal spółka Severstallat Silesia oraz Buczek-HB-Zakład Produkcji Rur. M.in. dzięki determinacji pracowników na terenie huty nadal produkuje się wyroby stalowe, a ludzie mają pracę.

W przypadku pierwszej z wymienionych wyżej firm prowadzone są duże inwestycje i zwiększany jest poziom zatrudnienia. W obecnej sytuacji w branży to prawdziwy ewenement. Jednak wszystkie trzy działające tam firmy zatrudniają łącznie ok. 400 osób. To ponad 10-krotnie mniej, niż kiedyś pracowało w hucie im. Mariana Buczka. – Nasza huta mogła przetrwać w znacznie większej części. Mieliśmy świetnych fachowców, nasze wyroby miały doskonałą renomę na świecie. Padliśmy ofiarą braku jakiejkolwiek polityki przemysłowej kolejnych polskich rządów. Gdy w innych krajach wspierano własne przedsiębiorstwa produkcyjne, u nas przemysł ciężki traktowano jak niepotrzebny balast, którego trzeba się pozbyć. No i ten cel niestety osiągnięto – zaznacza Tadeusz Makuła.

Łukasz Karczmarzyk/Tygodnik Śląsko-Dąbrowski

Dodaj komentarz