Solidar Śląsko Dąbrow

Praktycznie nikt nie chce tych zmian

13 czerwca w Sejmie odbyło się pierwsze czytanie projektu nowelizacji ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele, który zakłada odebranie pracownikom sklepów połowy wolnych niedziel w skali roku. Głosowanie przeniesiono jednak na następne posiedzenie Sejmu. Zmian w ustawie nie chcą ani pracownicy, ani pracodawcy, ani społeczeństwo. Przeciwny jest nawet resort pracy.

Za skierowaniem projektu do komisji opowiedziały się Koalicja Obywatelska, Trzecia Droga oraz Konfederacja. Z kolei kluby PiS i Lewicy złożyły wniosek o odrzucenie projektu. Minister pracy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk powiedziała z sejmowej mównicy, że jej resort od pół roku prowadzi szerokie konsultacje w kwestii ustawy o ograniczeniu handlu w niedziele. Ich efekty są skrajnie odmienne od argumentów podnoszonych przez zwolenników liberalizacji niedzielnego handlu. Minister wskazała, że zmian w ustawie nie chcą nie tylko pracownicy tej branży, ale większość społeczeństwa, jak również przedsiębiorcy, szczególnie ci, którzy prowadzą małe i średnie sklepy. Jedyną grupą podmiotów, które opowiadają się za otwarciem sklepów w niedziele, są galerie handlowe.

Głosowanie, które pierwotnie planowano na 14 czerwca, zostało przeniesione na kolejne posiedzenie Sejmu, które zaplanowano w ostatnim tygodniu czerwca. Zgodnie z projektem nowelizacji pracownikom za pracę w niedziele miałoby przysługiwać „podwójne wynagrodzenie”. Problem w tym, że precyzyjnej definicji tego terminu nie ma, ani w projekcie posłów Trzeciej Drogi, ani w Kodeksie pracy. – To daje pracodawcom pole do dowolnej interpretacji, a co za tym idzie do nadużyć – mówi Alfred Bujara, szef handlowej „Solidarności”. – Skutek byłby taki, że sklepy dadzą pracownikom jakiś dodatek za robocze niedziele, a jednocześnie zabiorą premię frekwencyjną lub inny składnik wynagrodzenia i pracownik wyjdzie na zero.

Kontrowersje budzi również fakt, że nowe regulacje nie miałyby obejmować pracowników placówek handlowych, które w świetle dotychczasowych przepisów mogły być w niedziele otwarte. Chodzi np. o stacje benzynowe, czy sklepy na dworcach. – Ta nowelizacja została napisana na kolanie. Jej zapisy, albo są nieprecyzyjne, albo dyskryminują poszczególne grupy pracowników handlu – tłumaczy Bujara.
Polska Izba Handlu w komunikacie opublikowanym 11 czerwca wskazała, że likwidacja połowy wolnych niedziel w żaden sposób nie poprawi sytuacji w branży. – Obecne przepisy dotyczące zakazu handlu w niedzielę są korzystne dla zdecydowanej większości małych i średnich przedsiębiorców działających w tej branży, dla których największym zagrożeniem są duże sieci dyskontowe – powiedział cytowany w komunikacie Maciej Ptaszyński, prezes PIH.

Liberalizacja przepisów regulujących niedzielny handel nie cieszy się również poparciem społeczeństwa. Jak wynika sondażu United Surveys dla Wirtualnej Polski, którego wyniki zostały opublikowane na początku czerwca, powrotu handlu w niedziele chce zaledwie 27 proc. społeczeństwa. Przeciwnych temu rozwiązaniu jest niemal 65 proc. badanych. Co ciekawe, „nie” dla sklepów otwartych w niedziele powiedziało w padaniu 68 proc. wyborców Trzeciej Drogi, czyli ugrupowania tworzonego przez PSL i Polskę 2050. Tymczasem to właśnie posłowie ugrupowania Szymona Hołowni przygotowali projekt pozbawiający pracowników handlu wolnych od pracy niedziel. – Mamy do czynienia z kuriozalnym projektem, którego nie popiera prawie nikt, nawet część ugrupowań z rządzącej koalicji. Mam nadzieję, że politycy wyrzucą go do kosza. W swoim własnym interesie, bo wyraźnie widać, że odebranie pracownikom handlu wolnych niedziel nie przysporzy im społecznego poparcia – wskazuje Alfred Bujara.

Łukasz Karczmarzyk
źródło foto: pixabay.com/dimitrisvetsikas1969