Solidar Śląsko Dąbrow

Pracują, a nie mają za co żyć

Polska zajmuje trzecie miejsce w Europie pod względem liczby pracujących biedaków. Wyprzedza nas tylko Rumunia i Grecja. W naszym kraju odsetek biednych pracujących wynosi już 10 proc. – wynika z informacji podanych przez Biuro Polityki Społecznej Komisji Krajowej NSZZ Solidarność.

Do grupy biednych pracujących zalicza się tych, w których rodzinach dochód na osobę nie przekracza minimum egzystencji. W Polsce do tej grupy należą zarówno ludzie z wyższym wykształceniem, jak i pracownicy z niskimi kwalifikacjami. I nieważne czy pracują na etatach, czy na umowach śmieciowych. Pensje jednych i drugich ledwie wystarczają na przetrwanie. Na opłaty rachunków, spłatę kredytów i jedzenie. Nie stać ich na leczenie, na wyjazdy na wakacje. Kupno książki, wyjście do kina lub teatru pozostają poza zasięgiem ich finansowych możliwości.

– Wysokie bezrobocie i wciąż rosnąca liczba śmieciowych umów o pracę pozwalają pracodawcom na kształtowanie płac na bardzo niskim poziomie, mimo wyższej niż przed laty wydajności pracy. Te wynagrodzenia wystarczają tylko na zaspokojenie podstawowych potrzeb. Biedni pracujący żyją na granicy zbliżonej do minimum egzystencji – mówi dr Arkadiusz Przybyłka z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Pan Janek, członek Solidarności w Przedsiębiorstwie Komunikacji Miejskiej w Sosnowcu jako kierowca zarabia około 2 tys. zł. Na utrzymaniu ma żonę bez pracy i dwoje dzieci. – 800 zł przeznaczamy na bieżące rachunki. Często musimy się zapożyczać, by związać koniec z końcem. Nigdy nie myślałem, że za moją ciężką pracę nie będę w stanie utrzymać rodziny. To upokarzające – mówi pan Janek.

Minimum egzystencji to wskaźnik statystyczny. Ktoś, u kogo dochód na członka rodziny wynosi 800, 900 czy nawet 1000 zł netto, to też w rzeczywistości pracujący biedny. Pani Monika, absolwentka bibliotekoznawstwa, członek Solidarności Uniwersytetu Śląskiego za pracę w bibliotece na uczelni otrzymuje miesięcznie 1,7 tys. zł. Jej mąż przynosi niewiele więcej, bo około 2,2 tys. zł. – To stanowczo za mało na utrzymanie 4-osobowej rodziny. Po opłacie bieżących rachunków pieniądze zostają nam już tylko na jedzenie. Często, by przetrwać do końca miesiąca, musimy pożyczać. Inflacja szaleje, a nasze płace od lat stoją w miejscu. A przecież skoro mamy europejskie ceny, to powinniśmy żądać europejskich wypłat. Wiem, że ludzie już tego nie wytrzymują i mam nadzieję, że solidarnie upomną się o godne warunki życia – mówi pani Monika.

Pensja pani Barbary, pracownika administracyjnego jednego z katowickich sądów i członka tamtejszej Solidarności, to minimalna płaca krajowa. – Mąż zarabia 2,8 tys. zł brutto. Mamy dwoje małych dzieci, a ja jestem ciężko chora. Po opłaceniu rachunków, raty kredytu oraz zakupieniu dla mnie lekarstw na cały miesiąc za ponad 600 zł, na życie pozostaje nam średnio około 1,5 tys. zł. To głodowa kwota, z której trzeba m.in. zaspokoić podstawowe potrzeby dzieci. Kupić im buty, spodnie. Nie mogę pojąć, że pensje Polaków w stosunku do cen obniżają się z miesiąca na miesiąc, żyje nam się coraz gorzej, a rząd nie zauważa tego problemu. Tym bardziej musimy o tym głośno krzyczeć, przeciwko temu protestować – uważa pani Basia.

Jak ocenia prof. ekonomii Ryszard Bugaj z Polskiej Akademii Nauk,  sytuacja materialna milionów biednych pracujących w Polsce jest już tak trudna, że wkrótce może dojść z tego powodu do wielkich protestów społecznych. – Myślę, że ogromną rolę mają tu do odegrania związki zawodowe, a zwłaszcza Solidarność. To powinny być zbiorowe, cywilizowane protesty, ale zarazem twarde. Bo ku temu, by były twarde, mamy bardzo wiele powodów. Na tle krajów UE polski system płac oraz świadczeń dla bezrobotnych jest bardzo oszczędny. A ludzie nie mają wyboru, wykonują pracę, która nie zaspakaja ich elementarnych potrzeb – mówi prof. Bugaj.

Ekonomista podkreśla też, że pensje na bardzo niskim poziomie są niekorzystne również dla wzrostu gospodarczego kraju. – Konkurencja pomiędzy ludźmi na rynku pracy spycha ich na finansowy margines. Przegrywają i nie mają znikąd pomocy, a to nie służy rozwojowi kraju. Zdają sobie sprawę, że ich niskie pensje i niestabilne warunki zatrudnienia prowadzą wprost do wykluczenia społecznego – dodaje prof. Bugaj.

Beata Gajdziszewska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.