Solidar Śląsko Dąbrow

Odwłok czy nóżka?

Już niebawem na naszych stołach miejsce mięsa i nabiału mogą zająć szarańcza i larwy. Powód to oczywiście ratowanie świata przed zmianami klimatu. O przymusie przejścia na owadzią dietę mówią już nie tylko nawiedzeni „zieloni” aktywiści. Również Unia Europejska coraz mocniej prze w tym kierunku.

12 listopada Komisja Europejska dodała szarańczę wędrowną (łac. Locusta migratoria)  do listy żywności dopuszczonej do sprzedaży w UE. Szarańczę będzie można sprzedawać w spożywczakach, na razie w postaci mrożonej lub sproszkowanej. Jako przekąskę lub składnik produktów żywnościowych.

To nie pierwszy owad wprowadzony na europejski rynek przez unijnych urzędników. W maju Bruksela zatwierdziła sprzedaż larw chrząszcza mącznika młynarka, stwierdzając wówczas, że są one bogatym źródłem białka, tłuszczu i błonnika i mogą służyć jako „zrównoważone źródło pożywienia o niskiej emisji dwutlenku węgla”.

Oba owady zostały wpisane do katalogu „nowej żywności”, czyli spisu przyjaznych dla klimatu produktów, które mają zastąpić tradycyjne jedzenie. W kolejce na rejestracje czeka kolejnych 13 gatunków owadów. W styczniu 2018 r. zaczęła obowiązywać nowelizacja unijnego rozporządzenia dotyczącego „nowej żywności”, która ma przyspieszyć wprowadzanie tego typu produktów na unijny rynek. Szacuje się, że w 2030 roku produkcja jedzenia z insektów osiągnie w UE poziom 260 tys. ton, a przysmaki z chrząszczy i larw będą gościć na stołach 390 mln konsumentów.

Dopuszczenie owadziej żywności nie oznacza oczywiście przymusu zastąpienia w codziennej diecie kotleta schabowego tatarem z larw chrząszcza mącznika. Przynajmniej na razie. Jednak presja na rezygnację z normalnego jedzenia na rzecz „nowej żywności” będzie coraz większa.

W 2018 roku Greenpeace opublikował raport zawierający żądanie ograniczenia produkcji i spożycia mięsa oraz nabiału o połowę w imię walki z globalnym ociepleniem. W opracowaniu napisano, że w najbliższych dekadach to nie przemysł czy transport będzie największym emitentem gazów cieplarnianych, ale właśnie rolnictwo, z czego 70 proc. przypadnie na branżę mięsną i mleczarską. W kolejnych latach podobnych opracowań zalecających przejście ludzkości na owadzią lub wegańską dietę ukazało się mnóstwo, a każdy kolejny zawierał coraz bardziej radykalne postulaty.

Raporty skrajnych organizacji pokroju Greenpeace’u można by oczywiście skwitować pobłażliwym uśmiechem, gdyby nie fakt, że idą one w parze z działaniami politycznego establishmentu. Promowanie przez Komisję Europejską spożywania owadów nie jest niestety jedynym przykładem takich właśnie działań.

Podczas zakończonego właśnie szczytu klimatycznego COP26 w Glasgow ponad 100 krajów podpisało deklarację obniżenia emisji metanu do 2030 roku o 30 proc. Polski co prawda nie ma na liście sygnatariuszy tego dokumentu, jednak powstał on z inicjatywy USA i Unii Europejskiej, której nasz kraj jest członkiem. Można być zatem pewnym, że Bruksela i tak będzie chciała narzucić nam realizację tego zobowiązania.

Co metan ma wspólnego z zawartością naszych lodówek? Bardzo wiele. Rolnictwo jest największym – stanowi aż 40 proc. – źródłem emisji metanu powstającej w wyniku działalności człowieka. Aż jedna trzecia emisji tego gazu pochodzi z hodowli krów. Zadeklarowana przez UE redukcja emisji metanu oznacza więc, że z europejskiego rynku zniknie znaczna część wołowiny, mleka, masła i serów, a co za tym idzie ceny tych produktów gwałtownie wzrosną. Unijni urzędnicy nie będą więc nawet musieli wprost za pomocą nakazów i zakazów zmuszać europejskich społeczeństw do rezygnacji z mięsa i nabiału. Ceny tych artykułów i tak zrobią z nas smakoszy potraw przygotowanych ze stworzeń, które do tej pory nie kojarzyły nam się z gastronomią, tylko z dezynsekcją.

Trzeci z Czwartą;)