Solidar Śląsko Dąbrow

Nóż na gardle

Dawno, dawno temu żył sobie pewien wieszcz, którego twórczością zamęczano pokolenia Bogu ducha winnych uczniów. Na imię miał Adam, a na nazwisko Mi… Mic…no…Mickiewicz. Pierwsze skojarzenia z tym nazwiskiem to Pan Tadeusz, Dziady, Zaosie koło Nowogródka, Maryla Wereszczakówna, Bachleda-Curuś, a trunkowi dodają jeszcze takie słówko Soplica. Ale nie o tym, nie o tym. Chciałem tylko przytoczyć, jak w czwórkowym wypracowaniu, słowa wieszcza: „Nasz naród jak lawa, z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa; lecz wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi…”. Tłumacząc na dzisiejszy język polski: Polacy może mają nieufne i ponure mordy (jak to się mądrze pisze w gazetach – prezentują niski kapitał społeczny), może i chodzą w skarpetkach do sandałów i długo dają się robić w bambuko, zanim otrzeźwieją. Ale gdy już otrzeźwieją, to nie ma przebacz.

Ta diagnoza wieszcza, jeśli tak po belfersku mogę się wyrazić, jest wciąż aktualna. Wystarczy rzut oka na trzy sierpnie w ubiegłym stuleciu. 1919 – I Powstanie Śląskie. 1920 – „cud nad Wisłą”. 1980 – powstanie Solidarności. Mało kto pamięta, ale wybuch I Powstania Śląskiego poprzedziły strajki śląskich robotników – górników i hutników. To ostatnie powstanie przed 33 laty też było akcją robotników, czyli, jak to dziś się określa, pracowników najemnych.

Pewnie wielu z Was mierzi ten patos i etos wyciekający z historycznych opisów tamtych sierpniów. Nie wierzymy, patrzymy podejrzliwe. W życiu nie widzieliśmy żadnego bohatera, oni istnieją tylko w bajkach i w ględach historyków. Szczerze przyznam, że mnie też ta górnolotność irytuje i drażni, ale mam graniczące z pewnością podejrzenie, że gdybym w tych sierpniach uczestniczył, nie drażniłaby mnie wcale. Czułbym, że coś wspólnie z kolegami, sąsiadami, rodakami starliśmy się zrobić, bronić, walczyć i że wspomnienie o tym jest warte kilku ciepłych słów. Tym bardziej że takie wspólne działanie Polaków jest zjawiskiem tak rzadkim, jak dotrzymanie terminu przez budowlańca. To współdziałanie wymaga zachowań na co dzień niepraktykowanych. Trzeba się odezwać do drugiego człowieka po ludzku, a nie zaszczekać. Nie można wywyższać się, cwaniaczyć, lekceważyć, emanować codzienną pogardą dla anonimowego rodaka mijanego na ulicy. To dla każdego atomu polskiej, narodowej lawy wysiłek okrutny. Tak z drugim atomem coś razem. Razem to możemy przygodnie obalić flaszkę i to by było na tyle współżycia społecznego. Łatwiej uwierzyć reklamom marketów budowlanych, kupić sobie 20 litrów farby i zostać na sierpniowym urlopie „bohaterem we własnym domu”, niż spróbować być obywatelem własnego kraju lub choćby własnej dzielnicy, czy gminy.

Nóż na gardle to jedyne narzędzie, które sprawia, że Polacy zaczynają czuć wspólnotę losu i próbują działać wspólnie. Żadne wieszcza epopeje, żadne fakty historyczne i współczesne, żadne smrodki dydaktyczne sączone przez belfrów. Tylko nóż. Nóż niemiecki, nóż rosyjski, nóż peerelowskiej beznadziei. Ale materiał nawet z tej ostatniej lekcji wyparował z głów. A wtedy też zalewała nas propaganda sukcesu. Zamiast zielona wyspa mówiło się dziesiąta gospodarka świata. Też telewizja relacjonowała tłumom ogłupionych sukcesy inwestycyjne podobne do dzisiejszego pendolino. Ta bajka skończyła się smutnym morałem, ale kto by tam takie pierdoły pamiętał.

Jeden z Drugą:)

Dodaj komentarz