Solidar Śląsko Dąbrow

My i Oni

Pusty śmiech mnie ogarnia na myśl, że znów jacyś platformiani partyjniacy będą przy okazji sierpniowej rocznicy pleść coś o swoich solidarnościowych korzeniach. Ten bezgraniczny tupet, ta obrzydliwa bezczelność, to, w jak najgorszym tego słowa znaczeniu, cwaniactwo i ohydne zakłamanie budzą moje obrzydzenie.

Między Solidarnością a partyjniakami, którzy koniunkturalnie powołują się na jej dziedzictwo jest głęboka przepaść. Mniejsza o poglądy polityczne. Solidarność zrzeszała i zrzesza ludzi o różnych poglądach. Mniejsza też o sympatie polityczne. W Solidarności są sympatycy różnych partii, również tacy, którym spodobała się kiedyś Platforma. Mniejsza też o poglądy gospodarcze, bo i te w Solidarności są zróżnicowane. To jest normalne. Idzie o rzecz dalece ważniejszą, o szacunek dla drugiego człowieka. Ci, którzy ten szacunek stracili, za opowiadanie o swoich korzeniach solidarnościowych powinni z miejsca dostać klapsa. I to nie ojcowskiego, bo na wychowanie jest już za późno. To powinien być klaps przywracający nieprzytomnego do rzeczywistości. Oni mają tyle wspólnego z Solidarnością, ile Niesiołowski z kulturą wypowiedzi, Tusk z dotrzymywaniem słowa, wybory w PO z demokracją, a medialne pajace z dziennikarstwem (jeden z takich pajaców raczył niedawno wyrazić się o pracownikach zrzeszonych w związkach zawodowych per horda).

Działać w Solidarności oznacza działać na rzecz dobra wspólnego. I związkowiec z Solidarności, prywatnie kibic Górnika i jego kolega ze związku, prywatnie kibic Ruchu, rozumieją to doskonale. I związkowiec z zakładu X i kolega ze związku w konkurencyjnym zakładzie Y nie muszą tego roztrząsać. Wiedzą, co to jest dobro wspólne. Nawet jeśli nie skończyli prestiżowych studiów i nie mają dyplomu MBA, to śmiem powiedzieć, że wiedzą to lepiej niż przeciętny zjadacz poselskich uposażeń, ministerialnych pensji i premii oraz innych fruktów fundowanych przez władzę narzędziom władzy.

Skrót PO dziś kojarzy się głównie z pogardą. Pogarda tej partii wobec drugiego człowieka bije po oczach. Oni żywią się pogardą, a metodą rządzenia jest dzielenie ludzi, wzajemne napuszczanie na siebie różnych grup społecznych, wskazywanie kolejnego wroga i urządzanie nań nagonki. Ci żywiący się pogardą politykierzy są niepocieszeni, że NSZZ Solidarność jest żywym elementem wspólnoty pracowników, że związek nie dał się wepchnąć do muzeum, gdzie zajmowałby się odliczaniem dni do kolejnych rocznic, że nie zasnął na styropianie, mimo że był uporczywie do snu kołysany przez uważających się za mądrzejszych, takich prawie zagranicznych, którzy wiedzą jak kulturalnie wsunąć bezę.

Politykierzy boją się Solidarności, machina propagandowa pracuje na pełnych obrotach. Tłoczy do głów opowieści o tym, że związkowcy to uliczni bandyci, kibole, pisiory, podpalacze opon, wredni miłośnicy schabowego z kapustą, noszący drugie śniadanie w reklamówce z dyskontu, którzy chcą podpalić ten kraj. Tymczasem związkowcy mówią uparcie o tym kraju – nasz kraj i coś tam szemrzą o prawach pracowniczych i obywatelskich. Jak te warchoły z Radomia, którym władza zafundowała ścieżki zdrowia. Cztery lata przed tamtym sierpniem.

Jeden z Drugą:)

Dodaj komentarz