Solidar Śląsko Dąbrow

Misie mają lepiej

Podobno najbardziej depresyjny dzień w roku już za nami. Tak przynajmniej wynika z wyliczeń pewnego brytyjskiego naukowca. Facet stworzył matematyczny wzór, na podstawie którego od 9 lat wylicza, kiedy przypada najbardziej dołujący dzień w roku. Zwykle był to ostatni poniedziałek stycznia. W tym roku ów dzień przypadł 21 stycznia. Ci, którym gołoledź zmieniła samochody w lodowe rzeźby i ci, którzy na oblodzonych schodach czy chodnikach zostali uziemieni jak nie przymierzając dreamlinery, pewnie skłonni byli w to uwierzyć. Ludzie, którzy mieli stłuczkę 22 stycznia, albo ci, którzy 23 stycznia zostali pozbawieni prądu, bo tzw. atak zimy zerwał linie energetyczne, mają poważne wątpliwości co do precyzji naukowca. Ci, którzy padną ofiarą ataku wiosny, czyli powodzi wywołanej roztopami, albo poszkodowani w wyniku suszy, burzy czy innego letniego żywiołu, czyli ofiary ataku lata, z pewnością wypną się na wyliczenia brytolskiego mądrali. Bo do każdej hucpy, do każdego bzdetu można dodać określenie naukowy, ale to nie zmieni faktu, że mamy do czynienia ze bzdetem.

Doświadczalnie, czyli można powiedzieć naukowo, przekonałem się, że gdy zakładam na gołoledź buty z gładką podeszwą, to zaliczam glebę na chodniku. Naukowo też doświadczyłem, że nie warto olewać ostrzeżeń mechanika, który już dwie zimy temu radził wymienić gumy podtrzymujące tłumik i resztę wydechu. Ów praktyk twierdził, że mogą pęknąć znienacka i zgubię wydech. I tak zrobiły. I zgubiłem. Oczywiście mógłbym zrzucić winę na atak zimy, a nawet tłumaczyć, że nie spodziewałem się takiej pogody w drugiej połowie stycznia, ale nie będę się wygłupiał. Po prostu zaniedbałem, zabrakło mi wyobraźni, a w kwestii podeszwy przeceniłem swoje łyżwiarskie umiejętności. Jest wina, jest kara. Dupa boli, mechanik skasował. Ale można było się spodziewać, że tak to się skończy. Bez pseudonaukowych rozpraw i wyliczeń.

Wygrzebałem w sieci tekst o tym, jak zachowują się w zimie ssaki inne niż ludzie. Jedne mają tendencję do łączenia się w większe grupy, bo łatwiej wtedy szukać pokarmu, łatwiej się ogrzać i łatwiej bronić przed napastnikami. Inne walą w długie kimono. Te śpiochy to oczywiście misie, a także borsuki i jenoty. Z kolei drapieżniki redukują budżety norowe, przerzucając się na padlinę. Wiadomo, że w tej sytuacji każdy chciałby być misiem, ale trzeba sobie (krytycznie wobec siebie) uświadomić, że taki prosty, kudłaty miś w przeciwieństwie do nas przewidział zimę, przygotował zapasy, nie udawał kozaka, nie liczył na cuda, nie wierzył w czcze obietnice. Zaoszczędził i może kimać. Kryzys go nie nie rusza, butów zimowych nie potrzebuje, autem w zimie nie jeździ (latem zresztą też), nikt go z roboty nie wyrzuci, fotoradar mu zdjęcia nie zrobi, nie korzysta ze służby zdrowia, gawrę ma bezczynszową. Krótko mówiąc, opcja „na misia” jest dla nas nieosiągalna. I to wprowadza mnie w depresyjny nastrój, nie tylko w poniedziałki.

Jeden z Drugą:)

Dodaj komentarz