Solidar Śląsko Dąbrow

Jak polityka daje zarobić

Gdy zwykłym Polakom rząd Donalda Tuska każe zaciskać pasa, setki milionów zł trafiają co roku na konta ludzi związanych z PO, poupychanych w gabinetach politycznych, instytucjach państwowych i samorządowych oraz spółkach Skarbu Państwa. Roczne zarobki niektórych prezesów z politycznego nadania sięgają nawet 1,5 mln zł.

Na pierwszym posiedzeniu po trwających ponad miesiąc sejmowych wakacjach parlamentarzyści zajmą się przygotowaną przez Ministerstwo Finansów nowelizacją tegorocznego budżetu. Projekt oprócz zwiększenia naszego zadłużenia o kolejne 16 mld zł zakłada ograniczenie wydatków o ponad 7,6 mld zł. Choć rządzący zapowiadają, że cięcia nie odbiją się na portfelach zwykłych Polaków, to takie zapewnienia można włożyć między bajki. Już dziś wiadomo np., że obniżenie o ponad 3 mld zł wydatków na modernizację polskiej armii oznacza spadek zamówień dla zakładów zbrojeniowych zatrudniających dziesiątki tysięcy osób. Z kolei obcięcie o ponad miliard zł środków, które miały trafić na remonty infrastruktury kolejowej, z pewnością nie poprawi sytuacji firm z branży budowlanej.

Raczej nie ma co liczyć, że politycy zaczną oszczędzanie od siebie. Choć to, że tegoroczny budżet trzeba będzie nowelizować, było niemal pewne od wielu miesięcy, politycy partii rządzącej nie żałowali publicznych pieniędzy na swoje przywileje, premie oraz nagrody. Tylko w trakcie pierwszych sześciu miesięcy tego roku rząd PO wydał na nagrody dla pracowników ministerstw 21,6 mln zł. Do kogo trafiły te pieniądze? W znacznej części do członków gabinetów politycznych w poszczególnych resortach. W teorii gabinety polityczne powinny być zapleczem intelektualnym i eksperckim dla ministrów. W praktyce zatrudnienie w tych gremiach stało się swego rodzaju nagrodą dla członków partyjnych młodzieżówek oraz przechowalnią dla działaczy, których wyborcy nie obdarzyli zaufaniem przy urnach.

Młodzi, wykształceni
Przepisy nie regulują precyzyjnie zakresu obowiązków członków gabinetów politycznych, a każdy minister ma absolutną dowolność w kompletowaniu ich składu. Wiadomo za to, że osoby zatrudnione w gabinetach za swoją pracę dostają całkiem niezłe pieniądze, często mimo braku jakiegokolwiek doświadczenia czy przygotowania merytorycznego. Łącznie gabinety polityczne premiera i ministrów zatrudniają ok. 90 osób. Na ich pensje z budżetu trafia co roku ok. 6,5 mln zł.

O gabinetach politycznych w ostatnich miesiącach zrobiło się głośno za sprawą ministra spraw wewnętrznych. Bartłomiej Sienkiewicz w swoim gabinecie zatrudnił 21-letniego Adama Malczaka, którego wcześniejsze doświadczenie zawodowe ogranicza się do pracy na umowę zlecenie w Radzie Rodziców przy Liceum i Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Szef MSW nie jest jedynym ministrem w rządzie Donalda Tuska, który otacza się doradcami o bardzo wątpliwych kompetencjach. To bardzo powszechna praktyka. Szefem gabinetu politycznego minister edukacji jest Marcin Grabiak, 28-letni absolwent politologii, który w swoim CV może wpisać oprócz fuchy w resorcie Krystyny Szumilas tylko dwie jednodniowe umowy o dzieło w agencjach PR. Zgodnie z rozporządzeniem regulującym wynagrodzenia członków gabinetów politycznych, szef gabinetu ministra zarabia ok. 8 tys zł miesięcznie.

Jednym z doradców ministra Sławomira Nowaka jest wieczorowy student stosunków międzynarodowych. 23-letni Michał Klimczak, który wcześniej pracował na podstawie umowy zlecenia w Kancelarii Prezydenta oraz w biurze europarlamentarzysty Rafała Trzaskowskiego. Klimczak zasłynął jednak zupełnie czym innym. Dwa lata temu, przed piłkarskimi derbami stolicy, opublikował na swoim Facebooku wulgarny wpis pod adresem Polonii Warszawa. „Czarna dziwko derby blisko” – napisał doradca ministra polskiego rządu.

By żyło się lepiej swoim
Gabinety polityczne to jednak zaledwie wierzchołek góry lodowej. Konia z rzędem temu, kto znajdzie w naszym kraju choć jedną spółkę należącą do Skarbu Państwa, nieobsadzoną przez ludzi Platformy Obywatelskiej lub członków ich rodzin czy znajomych. Dziennikarze Pulsu Biznesu w ubiegłym roku opublikowali listę 428 nazwisk osób związanych z partią rządzącą, którzy w ciągu ostatnich 5 lat zasiadali lub zasiadają w firmach i instytucjach państwowych. W tym okresie na wynagrodzenia tych osób trafiło z pieniędzy podatników 200 mln zł. A, jak przyznają sami autorzy zestawienia, przygotowana przez nich lista jest bardzo niekompletna.

Ta kwota będzie rosła, gdyż prezesi spółek Skarbu Państwa z politycznego nadania coraz częściej obchodzą ustawę kominową, która ogranicza ich zarobki do sześciokrotności średniej pensji brutto w sektorze przedsiębiorstw, czyli ok. 23 tys. zł miesięcznie. W ubiegłym roku w PKP umowy o pracę prezesa spółki i członków zarządu zamieniono na kontrakty menadżerskie. Dzięki temu zabiegowi na konto prezesa Jakuba Karnowskiego co miesiąc wpływa 59 tys zł. Wiceprezesi Piotr Ciżkowicz i Maria Wasiak zarabiają nieco mniej, bo po 40 tysięcy. W lutym tego roku na kontrakty menadżerskie przeszedł zarząd Poczty Polskiej. Zarówno resort administracji i cyfryzacji, jak i Poczta Polska nie chcą podać wysokości obecnych wynagrodzeń władz spółki. Z niepotwierdzonych informacji, które pojawiły się w mediach wynika, że są to kwoty rzędu ok. 60 tys. zł dla członka zarządu oraz powyżej 70 tys. dla prezesa.

Innym sposobem na ominięcie ustawy kominowej jest wprowadzenie spółki na giełdę. Dzięki takiemu rozwiązaniu roczne wynagrodzenie Jarosława Zagórowskiego prezesa Jastrzębskiej Spółki Węglowej w ubiegłym roku wyniosło 1 mln 440 tys. zł, z czego 960 tys. zł to wynagrodzenie z tytułu kontraktu menedżerskiego, a 480 tys. zł to roczna premia. Od 2011 roku, czyli daty debiutu giełdowego JSW, podstawowe wynagrodzenie prezesa Zagórowskiego, nie wliczając premii, wzrosło o niemal 400 proc.

Łukasz Karczmarzyk

Dodaj komentarz