Solidar Śląsko Dąbrow

Antymikołajowy świat

Mój syn jeszcze wierzy w św. Mikołaja, ale to już ostatni taki 6 grudnia. Część jego kolegów z pierwszej klasy stoi na stanowisku, że św. Mikołaj nie istnieje i twardo obstają przy tym, że prezenty przynoszą rodzice. Mówiących inaczej, czyli normalnie, mają za naiwniaków. Tak dzieci odzierają inne dzieci ze złudzeń, niszczą magię, baśniowy świat wyobraźni.

Poza tym św. Mikołaj 6 grudnia, jakiś Mikołaj w Wigilię, gromady „mikołajów” na ulicach, w telewizji, w sklepach. Nawet przy dużej dozie dziecięcej naiwności nie da się nie dojść do wniosku, że coś tu jest nie tak. Co prawda w wielu domach prezenty pod choinkę przynosi w zależności, od tego skąd pochodzą rodzice, albo Dzieciątko, albo Jezusek, albo aniołek, albo gwiazdka, ale i tak w telewizji pokażą, że tak naprawdę prezenty wigilijne przynosi w Boże Narodzenie (znaczy się Christmas Day) czerwony krasnal z reklamy amerykańskiego kwasu chlebowego. Wciska się przez komin i ładuje je do skarpet. Facet porusza się saniami zaprzężonymi w renifery i pohukuje przy tym tak samo, jak śmieje się Pierwszy Gajowy. To słynne ho, ho, ho… He, he, he – chciałoby się odpowiedzieć, ale nie jest mi do śmiechu. Bo to jest niezły bajzel, który, mówiąc uczenie, wywołuje u dziecka dysonans poznawczy.

Nie spodziewałem się, że moje dziecko tak szybko zostanie zmuszone przez społeczeństwo do porzucenia wiary w św. Mikołaja. Jeszcze się młody broni, jeszcze wierzy, ale, jak wiadomo, i Herkules dupa, kiedy innych kupa. Nawet straszenie brzdąca, że mu św. Mikołaj przyniesie albo rózgę jak mamusi, albo wongiel i oszkrabiny jak tatusiowi, nie da żadnego efektu. Będzie co najwyżej elementem wychowania regionalnego, bo młody się dowie, że mamusię straszono czymś innym niż tatusia i że było to straszenie rytualne.

W takim nowoczesnym świecie żyjemy, tak szybko wszystko się zmienia. Komunijny medalik, zegarek, a nawet rower przegrały przez nokaut w pierwszej rundzie z komunijnym quadem, laptopem czy nawet konsolą do gier. Tak się podobno wzbogaciliśmy przez ostatnie 20 lat. Ale czy na pewno? A nawet jeśli, to jakim kosztem? Prezent zwykle był dla dziecka najważniejszy, ale przy okazji szkraby dowiadywały się, kim był święty Mikołaj, żaden krasnal nie przesłaniał im stajenki, a komunia św. była krokiem w świat dorosłych idących przed ołtarz. I te msze roratnie towarzyszące dziecięcemu oczekiwaniu na Boże Narodzenie, te lampiony i adwentowe oczekiwanie uczyły, że trzeba być cierpliwym, że na prezent trzeba sobie zasłużyć, a koniec końców i tak nie on jest najważniejszy. Są sprawy o wiele ważniejsze.

To, że świat się zmienia, że adwenty, Mikołaje, Wigilie i Boże Narodzenia moich rodziców były inne niż moje, a moich dzieci też będą inne, to nie jest powód do smutku. To naturalne zmiany. Problem jest w czymś innym. To, co powinno pozostać niezmienne, zostało zepchnięte do defensywy. To, co powinno się zmienić, nie zmienia się. Niezmiennie od lat po Nowym Roku przychodzi do nas Dziadek Mróz. Od pięciu lat nazywa się Donald Tusk, ale wcześniej nosił różne inny ksywy. Nie wierzę w niego. Ale on sobie z tego nic nie robi i tradycyjnie, jak co roku, kradnie nam pieniądze, czyli, mówiąc językiem miłości, obdarza nas podwyżkami cen. Cen żywności, energii, czynszów, podatków itd. To taki „antymikołaj”, który grzecznym zabiera prezenty, a niegrzecznym opodatkowuje wongiel i oszkrabiny, i rózgi konfiskuje, bo podobno nie spełniają unijnych norm.

Jeden z Drugą:)


Dodaj komentarz