Odwaga była na wagę złota

W lipcu 1980 roku doszło do masowych protestów na Lubelszczyźnie. O przyczynach strajków i ich przebiegu mówi dr Marcin  Dąbrowski, główny specjalista  Oddziałowego Biura Badań Historycznych IPN w Lublinie.

W lipcu 1980 roku doszło do protestów w zakładach pracy na Lubelszyźnie. Ich bezpośrednim powodem były podwyżki cen mięsa. Ale w rzeczywistości przyczyny strajków były dużo głębsze...
Podwyżka cen artykułów żywnościowych była tym, co przelało czarę goryczy. Ludzie byli zmęczeni skutkami głębokiego kryzysu ekonomicznego, jaki dotknął Polskę Ludową pod koniec lat siedemdziesiątych. Coraz większe braki podstawowych artykułów, w tym żywności. Coraz dłuższe kolejki w sklepach. Wyłączanie prądu w mieszkaniach, czy wciąż niespełnione dla tysięcy ludzi marzenie o własnym mieszkaniu. To uwłaczało godnej egzystencji w środku Europy, a przecież władza komunistyczna obiecywała, że rządzi po to, żeby zwykłym ludziom było lepiej.

Jakie postulaty przedstawiali protestujący?
W lipcu 1980 roku postulaty strajkujących dotyczyły w głównej mierze spraw pracowniczych, zakładowych, socjalnych. Bunt ludzi w poszczególnych zakładach pracy ujawnił ogromną skalę zaniedbań ówczesnych władz różnego szczebla odnośnie spraw środowiska pracowniczego. Stąd, ogromna ilość postulatów, jakie się natychmiast pojawiły. Często chaotycznie sformułowanych. Ale to było przecieranie szlaków. Ludzie nigdy wcześniej czegoś takiego nie robili. Przełamali swój strach, żeby zbuntować się przeciw władzy po raz pierwszy w życiu. Odwaga była wtedy na wagę złota. A odważnych jeszcze nie było zbyt wielu. Zaś władza czuła się jeszcze silna i o niektórych obszarach ówczesnej rzeczywistości w ogóle nie chciała rozmawiać. Wszystkie sprawy zbyt daleko idące uznawała za „polityczne” i ucinała dyskusje. Trzeba o tym wszystkim pamiętać. Ale mimo to, już wówczas domagano się też ograniczenia przywilejów partii i milicji, wolnych sobót, prawdy w środkach przekazu.

Protesty na Lubelszczyźnie miały masowy charakter...
Strajki rzeczywiście były masowe. W ciągu niecałych trzech tygodni, od 8 do 25 lipca 1980 roku na całej Lubelszczyźnie strajkowało ponad 150 zakładów pracy. Mówiąc o Lubelszczyźnie, mamy na myśli nie tylko ówczesne województwo lubelskie, ale także chełmskie, bialskopodlaskie i zamojskie. Głównym ośrodkiem strajków był Lublin, gdzie protestowało około 90 przedsiębiorstw. Pamiętajmy jeszcze o WSK „PZL-Świdnik”, gdzie 8 lipca 1980 roku te strajki się zaczęły i gdzie 11 lipca podpisano pierwsze tego lata pisemne porozumienie władz ze strajkującymi.

Czym te strajki różniły się od wcześniejszych protestów? Czy Polacy rzeczywiście po raz pierwszy uwierzyli, że mogą skutecznie upomnieć się o lepsze warunki życia?
W przypadku 1980 roku mówimy o strajkach. Odnośnie 1956, 1970 czy 1976 roku, mówimy o protestach. To pokazuje różnicę scenariusza wydarzeń i zastosowanej metody walki. Robotnicy – czy szerzej pracownicy, bo przecież byli to także pracownicy biurowi, umysłowi, inżynierowie – pomni wcześniejszych, tragicznych doświadczeń, latem 1980 roku byli dużo ostrożniejsi. Swój protest ograniczyli do obszaru swojego zakładu pracy, nie wyszli poza bramy fabryk, na ulice. Był to protest wybitnie pokojowy.

Jak na lipcowe strajki zareagowała druga strona?
Rządzący od początku wykazywali gotowość rozmawiania ze strajkującymi. Do zakładów pracy przyjeżdżali różni przedstawiciele władz i od razu ustępowali w wielu sprawach, m.in. płacowych. Tak było już pierwszego dnia strajków, 1 lipca 1980 roku, w Ursusie. Tej gotowości do rozmów zabrakło w poprzednich dekadach PRL. Stąd w 1956, 1970 czy 1976 roku robotnicy na ulicach i płonące komitety partii komunistycznej. Tego wszystkiego udało się uniknąć w 1980 roku., dzięki umiejętnej postawie ówczesnej ekipy rządzącej Edwarda Gierka. O tym wszystkim trzeba uczciwie pamiętać.
To wszystko stworzyło warunki, że – jak Pani mówi – Polacy rzeczywiście uwierzyli, że w Polsce można coś zmienić. Temu przekonaniu uległa chyba nawet spora część rządzących. Stąd tak pokojowy finał wydarzeń 1980 roku. Ku przerażeniu sąsiadów z komunistycznych krajów ościennych.

Gdyby nie było lipcowych strajków na Lubelszczyźnie, jak wyglądałyby sierpniowe protesty na Wybrzeżu oraz na Górnym Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim?
Na pewno strajkujący w sierpniu, o ile w ogóle doszłoby do takich strajków, nie mogliby sobie pozwolić od razu na tak daleko idące postulaty. Nie byliby tak pewni, że władza będzie chciała o nich rozmawiać. Już wiadomo było, że w lipcu władze nie użyły siły, nie strzelały i były gotowe nie tylko na rozmowy, ale i ustępstwa – przynajmniej te podstawowe – w każdym, najmniejszym zakładzie pracy. Wiadomo było, że przez kilka dni stała w Lublinie kolej. Rzecz kiedyś nie do pomyślenia w sercu bloku komunistycznego. Działacze KOR przyjeżdżali potem do lokomotywowni w Lublinie, żeby dowiedzieć się, jak zorganizowano ten strajk. Wiedziano także o powołaniu komisji rządowej w czasie strajków w Lublinie. To ta komisja pojawiła się w sierpniu w Stoczni Gdańskiej. Tych czytelnych sygnałów płynących z lipca było zbyt wiele, aby nie być pewnym, że bez Świdnika i Lublina nie byłoby tego, co stało się miesiąc później.

rozmawiała Agnieszka Konieczny
źródło foto:TŚD/Tomasz Kupczyk