W jakim stopniu ubiegłoroczny kryzys gospodarczy wpłynął na inwestycje proekologiczne realizowane przy pomocy finansowej Funduszu?
– W niewielkim, chociaż u niektórych beneficjentów, zwłaszcza przedsiębiorstw zauważalne były wahnięcia dotyczące, nie tyle inwestycji co problemów ze spłatą zobowiązań. Na szczęście ich skala nie była duża. Niepokoiliśmy się, że będzie większa, a jeszcze bardziej obawialiśmy się spadku wpływów z opłat za korzystanie ze środowiska. Jednak te utrzymane zostały prawie na tym samym poziomie. Z naszego punktu widzenia kryzysu nie było widać, a opóźnienia w inwestycjach infrastrukturalnych proekologicznych pojawiają się zawsze, szczególnie w gospodarce wodno-ściekowej. Są to przecież roboty naziemne, ich beneficjentami w większości są podmioty publiczne, które muszą poradzić sobie z prawem zamówień publicznych, a nie wszystkie przetargi rozstrzyga się zaplanowanym czasie.
Analizując kończący się rok nie można nie nawiązać do powodzi, która dotknęła również nasze województwo?
– Na usuwanie skutków powodzi przeznaczyliśmy już ponad 20 mln zł., kolejne środki w podobnej kwocie uruchomione zostaną w przyszłym roku. Będą wydatkowane przede wszystkim na infrastrukturę hydrologiczną, dalszą odbudowę wałów i zbiorników.
Czy tak duże obciążenie wynikające z sytuacji kryzysowej może oznaczać ograniczenie planowanych inwestycji?
– Nie. Tak staraliśmy się poprzesuwać środki, by nie doszło do zachwiania, które stawiałoby pod znakiem zapytania wykonalność innych inwestycji.
Który z programów realizowanych w tym roku przez Fundusz uważa pani za niezwykle ważny?
– Uruchomienie specjalnego instrumentu finansowego dla gmin, które zgłaszały projekty w ramach PO Infrastruktura i Środowiska i projekty te zostały pozytywnie ocenione, szczególnie w obszarze gospodarki wodno-ściekowej, ale zabrakło dla nich pieniędzy. W ciągu kilku lat planujemy wydać na ten cel ok. 200 mln zł.
Plany na najbliższe miesiące...
– Duża kampania na rzecz efektywności energetycznej. Chodzi o takie programy dla społeczności lokalnych, które będą zapewniały bezpieczeństwo energetyczne i cieplne na poziomie gminy. Chcemy, by samorządy potrafiły samodzielnie spojrzeć na zaopatrzenie swoich mieszkańców w energię i uchronić ich przed nieuniknionym wzrostem jej kosztów. Pomoże to gminom złagodzić skutki wzrostu cen na poziomie lokalnym, a jednocześnie zastosować odnawialne źródła energii. Uważamy, też że energia zaoszczędzona jest tą najbardziej ekologiczną, bo najlepiej oszczędza środowisko.
Polska nie najlepiej wypada w europejskich rankingach dotyczących wykorzystania odnawialnych źródeł energii...
– Mamy duże zapóźnienia inwestycyjne w tym zakresie i będziemy musieli sobie z tym problemem poradzić. Ważne jest jednak to, że posiadamy duże możliwości i sprzyjają nam nowe technologie. Jeśli się je umiejętnie zastosuje można zużywać mniej energii i wzrost jej cen nie jest już tak dramatyczny i obciążający mieszkańców.
Finansowe, czy mentalne – które bariery są trudniejsze do pokonania przy wykorzystywaniu OZE.
– Nawet nie mentalne. Ludzie przekonują się dość szybko do nowoczesnych rozwiązań, zwłaszcza jeśli to przekonanie przemawia również do ich kieszeni. Najtrudniejsze są bariery organizacyjne i logistyczne. Chodzi przecież o rozwiązania, które są skuteczne ekonomicznie, ale wówczas gdy stosujemy je systemowo, w skali nie tylko jednego budynku, a nie akcyjnie: tutaj nowe okna, tam solar, czy pompa cieplna. Dlatego tak ważna jest organizacja i doradztwo technologiczne, by mieszkańcy mogli wybierać takie rozwiązania, które będą dla nich najkorzystniejsze. Inwestowanie w odnawialne źródła energii ma sens, gdy stanowi sekwencję działań, ale wymaga też przeorganizowania własnego życia, czy zmian na stanowisku pracy. Umiejętne korzystanie z wody, czy urządzeń elektrycznych, bez marnowania energii, wydaje się banalnym drobiazgiem, ale wymaga odpowiednich nawyków. Te nawyki trzeba najpierw wyrobić i podpowiedzieć, że przyniosą wymierne efekty. Roczne oszczędności wynikające z takich banalnych zachowań w gospodarstwie domowym mogą wynieść ponad tysiąc złotych.
Kiedy zatem my, jako osoby prywatne zaczniemy sięgać po odnawialne źródła energii, chociażby solary?
– Zainteresowanie solarami już jest naprawdę duże. Kiedyś były rzadkością, obecnie, w programach obszarowych ograniczania niskiej emisji nawet 30 proc. instalacji do ogrzewania ciepłej wody stanowią instalacje solarne.
A jak ocenia pani realizację zobowiązań związanych z inwestycjami w infrastrukturę wodno-kanalizacyjną, wynikających z traktatów akcesyjnych?
– Na pewno nasz region jest liderem tych zmian i nie mamy się czego wstydzić, ale posiadamy jeszcze duże zaległości, nie tyle wobec norm unijnych, co wobec standardów, które sobie sami narzuciliśmy. Przyjęliśmy, że kanalizacja zbiorcza, rozdzielcza musi zostać zainstalowana we wszystkich skupiskach powyżej 2 tys. mieszkańców. W Europie stosuje się bardziej elastyczne rozwiązania, więc sami sobie wprowadziliśmy restrykcyjną i najbardziej kosztowną koncepcję, która nie zawsze ma przełożenie wprost na efekt ekologiczny w postaci czystości rzek. Dlatego trwają prace nad weryfikacją krajowego programu oczyszczania ścieków. Myślę, że w tym obszarze nastąpią zmiany systemowe i wówczas nie będzie problemu ze spełnieniem wymaganych standardów.
Czy nie obawia się pani obniżenia unijnych dotacji, ze względu na kryzys lub inną alokacją środków, w której priorytetem będą badania i rozwój, a nie inwestycje w infrastrukturę nowych państw członkowskich?
Pojawiają się takie trendy w polityce spójności, by kierować więcej pieniędzy na innowacje, badania i rozwój. Jednak z obserwacji postaw chociażby w łonie, Komisji Europejskiej wynika, że polityka spójności, czy wyrównywania poziomu życia, nadal będzie ważna i sądzę, że w przyszłym okresie programowania nie zostanie zarzucona.
Wracając na śląskie podwórko, w ostatnich tygodniach znacznie oddaliła się wizja budowy kompleksowej spalarni odpadów dla miast aglomeracji i pozyskania 600 mln zł dofinansowania z UE...
– Pod względem formalnym musieliśmy negatywnie ocenić wniosek Górnośląskiego Związku Metropolitalnego. Teraz pozostają dwie ścieżki, ale wszystko zależy od beneficjenta. Projekt ma jeszcze szansę na pozostanie na liście kluczowych, ale dramatycznie – tylko do dokumentacji – zmniejszona zostanie kwota dofinansowania. Wyniesie prawdopodobnie nie więcej niż 80 mln zł. Jeśli jednak ze strony ZGM taka propozycja nie padnie, projekt zostanie wykreślony chyba, że jeszcze teraz zostanie zgłoszony do konkursu. Trzeba pamiętać, że przy dzisiejszym stanie wiedzy i technologii, od spalarni w aglomeracji nie uciekniemy. Wszystkie inne rozwiązania nie nadają się do tak ogromnych skupisk. Jeżeli okrojony projekt pozostanie na liście kluczowych i tak pojawi się pytanie: Co dalej? Czy czekamy na przyszły okres programowania? Jest to pewne ryzyko, ponieważ nie wiemy, jak będą kształtowały się wydatki Unii na te cele. Posiadając dokumentację techniczną możemy więc od razu przymierzyć się do innego sposobu finansowania tej inwestycji: z budżetu gmin lub w partnerstwie publiczno-prawnym. Każdy z tych sposobów wiąże się z obciążeniem kosztami podatników. Dodatkowo, gdyby w grę wchodziło partnerstwo publiczno-prawne, musi porozumieć się aż 14 gmin, a to nie jest proste.
Czy lokalizacja instalacji w Rudzie Śląskiej jest aktualna?
– Taka lokalizacja została wybrana spośród kilku i w tej chwili nie jest zagrożona. Natomiast gdyby pojawił się prywatny inwestor, a gminy zdecydowały o innej – taka ich wola i prawo.
Ale budowa spalarni wciąż nie uzyskała akceptacji mieszkańców miasta...
– Zapominamy, że opór społeczny jest rzeczą normalną i towarzyszy każdej wielkiej inwestycji i trzeba sobie z nim poradzić. Należy z ludźmi rozmawiać i tłumaczyć po partnersku, bo opór najczęściej wynika z niewiedzy. Jeżeli mieszkańcy otrzymują pełną i rzetelną wiedzę, to ich lęki zostają uśmierzone. Musimy spojrzeć na ten problem
w bardziej obywatelski sposób: ludzie mają prawo się bać, mają prawo nie wiedzieć i mają prawo protestować. Aczkolwiek opór w Rudzie Śląskiej nie jest aż tak duży. Trzeba pamiętać, że ci którzy protestują są widoczni
i głośni, ale stanowią najczęściej nie więcej niż 10 proc. Pojawia się więc pytanie, czy ta grupa ma zdominować pozostałych. Musimy więc uaktywnić tych, którzy są za.